ayaneko blog

Twój nowy blog

Wpisy w kategorii: Bez kategorii

Oj, oj!
Szaaaatan.
Złooooo.
Mrooooooook.
Buuuuahahaha.

Co za bzdura. W dzień taki jak dzisiaj powinnam umówić się gdzieś na Sabat Czarownic i odprawiać dziwne rzeczy ze szmiacianymi laleczkami, igłami i miotłą.

A co ja robię?

Uczę się.
Oh, for Christ’s sake…

Aa~! Watashi no todana no naka de, kaijyuu ga aru!
Mniam.

I tyle, w ten piękny, szatański dzień, w którym deszcz spadł niespodziewanie, bo inaczej nie było by szatańsko!

I polecam: Gnarls Barkley- The Boogie Monster

I’ve got a monster in my closet
Someone’s underneath my bed
The wind’s knocking at my window
I’d kill it but it’s already dead

It waits till the midnight hour to come
To torture me for the wrong i’ve done
it just sits there and stares me
And it won’t let me get any sleep

At first I was scared when
I looked at his eyes
But now that I know him I’m not that surprised
I’m just waiting on the sun to rise
Oh how I wish that old sun would rise

I used to wonder why he looked familiar
Then I realized it was a mirror
And now it is plain to see,
The whole time the monster was me

Yeah Mmm The living dead
Only thing that could bring it back alive, Woman
Is some good good head
(Ha Ha Ha Ha Ha)

Do woskowych słów, które topi czas
nie pasujesz Ty i nie pasuję ja

Chociaż znika świat do mijanych dni
spopielałych znów nie pasujesz Ty

To znów ten dzień kiedy chcesz odwrócić się
Dosięga Cię ta siła, zrzuć z siebie ten sen

I dzień przechodzi w noc, jasność kładzie spać
Do straconych szans nie pasuję ja
Chociaż do mnie Ty, ja do Ciebie też
Żyć bez siebie tu już nie umiemy, nie

To znów ten dzień kiedy chcę odwrócić się
Dosięga mnie ta siła, zrzuć ze mnie ten sen

16 dni na polepszenie sytuacji w domu i w szkole. Czemu to się zawsze łączy? To tylko świstek papieru.

2 marsze w ciągu jednego tygodnia to dużo.
Nogi głównie to odczuwają, ale się poczuwają w obowiązku, ba, nawet same ciągną.

Lenistwo to dziwna rzecz. Jest, a zarazem nie ma. Bo czy leżąc na ławce w Łazienkach Królewskich ze znajomymi obok i rozmyślając o sensie życia, jest się leniwym? A jeśli nie, to co to jest?
Istnieje coś takiego jak aktywne lenistwo?
Paranoja.

Ale nie taka jak w polityce. Ale to nie jest miejsce na politykę. Tu mogę tylko co najwyżej wspomnieć, że sobotni marsz był zbyt anarchistyczny. Trochę ciarki przechodzą…Chociaż wiadomo, nie pierwszy to był mój marsz i było przyjemnie, jeśli tak można powiedzieć.

W szkole różnie.
Życie się kompletnie przewróciło.
Dawni znajomi…sama nie wiem co o tym myśleć.
Nowi znajomi…zawiedłam się trochę.

A czeka na mnie nowy świat.
I to coraz bardziej realnie.
Tylko dystans czasowy wciąż najbardziej rażący.

Rok. Rok do Japonii.

Oho [223]

Brak komentarzy

Oho?
Hoho.

Tyle na dziś, do zobaczenia w święta!
Wielkanocne, nie Bożonarodzeniowe.

Ktoś tu jeszcze pracuje?

Ważne: notka pisana 24.03 o 1:30, opowiada o 23.03 który był Tłustym Czwartkiem – żeby nie było.

Zapowiadany piątek.
Nareszcie piątek.
Na dwa dni zapomina się o szkole, o tym, że trzeba jakoś istnieć i o tym, że nauczyciele szczycą się udawaną wyższością, której zresztą i tak nie mają.
Wracam po sesji fotograficznej do domu, by przygotować szybciutko wszystko na imprezę i co widzę?
Moich znajomych, lub ludzi których poznałam raz na jakiejś imprezie.
Demolują oni, a raczej po prostu, zachowują się demolująco tańcząc na klatce schodowej.
Naćpani jacyś, czy co?
Przyjeżdża policja, matka próbuje mnie pocieszyć (co robi moja mama na imprezie?), wszyscy zgarnięci, ale potem jednak policja rezygnuje.
Nie wiem czemu, ale wszyscy się dobrze bawią, a ja płaczę.
Płaczę, płaczę i płaczę. W swoim pokoju.
A oni hałasują na klatce schodowej.
Rankiem przychodzą do mnie i próbują pocieszyć, ale wciąż jacyś zblazowani, więc robię się wściekło-smutno-zawiedziona.
Mam ochotę wykrzyczeć: Nigdy więcej imprez!!!
Ale tego nie robię.

I po jakimś czasie płakania…

…budzę się.
Położyłam się koło 18.00, gdyż dosłownie umierałam z przemęczenia i pewnie przemarźnięcia (sala od francuskiego powinna wymienić sobie okna!). Obudziłam się o 20.30.
Poczułam się strasznie zdezorientowana. Jak to po koszmarze z człowiekiem bywa, tradycyjne reakcje:

A; uff; o jak dobrze; o raanyyy; to tylko sen…

Najgorsze jednak jest to, że przyzwyczajona jestem do najdziwniejszych, najbardziej absurdalnych i najbardziej abstrakcyjnych snów. A jak śni mi się coś w miarę normalnego (czyt. możliwego, gdzie ludzie mają normalnie dwie ręce i dwie nogi, a niebo nie jest czerwone) to dostaję, hm, żeby nie przesadzić, ‚świra’.
Poczułam się przerażona, nie mówiąc już o zdenerwowaniu (pt.: co, gdzie, jak, uff). A przede wszystkim po takim śnie czuję się zmęczona.

Mam swoją teorię na temat snów, podobnie jak Freud zresztą, tylko że bez nie wiadomo jakich zboczeń i skojarzeń.
I oto moja interpretacja dlaczego tak a nie inaczej:

a) W piątek 24.03 miałam mieć pierwszą sesję fotograficzną. Jakkolwiek bym się nie denerwowała na zewnątrz, w środku, z powodu tego, że coś jest pierwsze (dla kobiet tymbardziej zauważono jakieś powiązania z tym, że ‚pierwszy raz’ czegokolwiek jest uznawany za coś bardziej niesamowitego niż naprawdę jest), byłam najwyraźniej roztrzęsiona, albo po prostu ciekawa: jak to będzie, co to będzie, a co będzie gdy. A, sesja przełożona została na kiedy indziej, jeśli kogoś to zainteresowało.

b) W piątek 3.03 planowałam imprezę bez okazji/z okazji szczęśliwego zdania I-szego semestru (uła, szalejemy normalnie) i tradycyjnie jak to przed imprezą, trzeba co nieco zorganizować. A u mnie z organizacją wszystko jest cudownie, gorzej z realizacją planów (patrz: layout miał być zrobiony- jest, layout miał być wstawiony- jak nie ma tak nie ma)

c) Chyba się przeziębiłam. I chyba mam gorączkę. Gardło mnie boli. Człowiek w chorobie = słaby człowiek. Słaby człowiek = nerwy zjadają człowieka. Nerwy zjadają człowieka = człowiek ma koszmary. Przynajmniej u mnie tak jest: zawsze przy gorączce pojawiają się złe sny.
Co daje mi następujący wniosek -> Nieudana impreza to absurd, bo występuje tylko w moich majakach przy wysokiej gorączce. Hehe! [aha, przeziębiłam się - temperatura 38,5 stopnia.]

d) Pączki mi szkodzą.

Voila.

Kręciło mi się w głowie, więc 5 minut potem poszłam spać

Dzisiejsza notka z zupełnie innej beczki.

Czy macie czasem wrażenie, że po pewnym czasie męczenia się nad czymś, nie macie mózgu, albo został on zamieniony w coś zupełnie nieobecnego i nieprzydatnego?
Otóż mi się to zdarza.

Może bez przesady, bo jakimś głąbem to nie jestem (och, to moje ego! Doprawdy.), ale naprawdę czasem po wysiłku człowiek siedzi na kanapie jak zombie wpatrzony w TV, w której po raz kolejny pokazują jaki to PiS jest śmieszno-żałosny.(Ojej, chyba zamkną mi bloga…)

Ale do rzeczy.
Internetowe znajomości to…to coś jak temat tabu. W internecie możesz być taki jaki jesteś naprawdę, albo możesz być kimś, kim nie jesteś, a na przykład chciałbyś być. Oto z nudnego studenta politechniki możesz stać się statystą w teledyskach. Od turystyki do ochroniarstwa.
Cała gama do wyboru.

I spośród tylu, tylu możliwości, jednak wybiera się samego siebie. I dobrze. Lecz…

…znajomości internetowe to zawsze będą tylko znajomości. Przynajmniej te bardziej codzienne, bo przecież nie co dwa dni odwiedza mnie Koreańczyk-Strażak, ale za to możliwe jest bym spotykała się co jakiś czas z kimś z miasta Warszawa.
No i spotkałam się.
No i nic. I na nic nie liczyłam, gwoli ścisłości.

Za to nie wiem co myśleć. Z jednej strony ta osoba okazała się być moją bratnią duszą- podobne poglądy, zainteresowania, priorytety, et cetera.
Z drugiej zaś strony- to okazuje się nudne.
Jednak dobrze, że jesteśmy tak różnorodni.
I mówcie co chcecie, ale ja się zgadzam z tym przysłowiem:
Przeciwieństwa się uzupełniają.

…Albo przynajmniej dbają o pikanterię związku czy spotkania

PS: Ciekawe, czy w przyszłym roku odwiedzi mnie na przykład Chińczyk?

…ale czy na końcu nastąpi początek?
A jeśli tak to czego?
Wiecznej otchłani nie-czucia i braku mocy?
Czy może wręcz przeciwnie, na końcu czeka na nas początek wspaniałego poza-życia bez trosk, trosk i trosk?

Tego nie dowiem się ja, gdyż mam się całkiem dobrze i nic się nie zapowiada na to, bym w najbliższym czasie miała położyć się w ziemi.

Ale dziś pożegnałam kolegę.
Nie znałam go być może wystarczająco dobrze, jednak na tyle, by chcieć poznać go bardziej.
Będąc na pogrzebie tymbardziej zdawałam sobie sprawę, że zaprzepaściłam szansę by kontynuuować tę jakże interesującą znajomość.

Jeśli szukaliście przykładu Hamleta to to właśnie taki był mój kolega.
Nieobecny.
Niepasujący.
Nierzeczywisty.
Niesamowity artysta.
Niezmiernie inteligentny.
Niespodziewanie przyjemny.
Ale dosyć słów, które na nic się sie już nie przydadzą.

Wiele po sobie pozostawił. Aczkolwiek jeszcze wiele mógł nam dać.

Zrządzenia losu potrafią być o tyle okrutne, iż nie pytają nas o to, kiedy mają nastąpić. Przez co zawsze są albo niespodzianką (+), albo zaskoczeniem)-).
W poniedziałek o nim rozmawiałam.
We wtorek odebrał sobie życie.

A dziś jest 1 luty. Pierwszy dzień nowego miesiąca. Początek jest końcem, więc czy 28 lutego nastąpi początek…?

Nie moja to rola, rozpatrywać czy słusznie czy nie. Nie o to teraz chodzi, bo to i tak nic nie wniesie.
Ale jedno powiedzieć mogę na pewno: tak osobistej notki to ja tu jeszcze nie widziałam.

Z ostatniej chwili: Obejrzyjcie „Marzyciela” z Johnny’m Depp’em i muzyką A.P. Kaczmarka, jeśli jeszcze śmieliście tego nie zrobić

Dziś po raz kolejny, a właściwie wczoraj, bo w piątek, zakończyłam kolejny ‚rozdział’ mojej małej czarnej księgi pełnej uczuć. Szkoda? Nie szkoda? Trudno powiedzieć.
Po prostu przyzwyczaiłam się do tego, że nie wychodzi w końcu nic. Jedyne co może boleć, to ten mały fakt, że nie dzieje się nic, a takich rozdziałów o niczym (właściwie nikim) jest już wiele.

Na politykę szkoda słów.

Na szkołę szkoda słów.

Na rodzinę tymbardziej.

Kiss Kiss.
Bang bang!
Świetny film. Jeśli nie powiedzieć cudowny…choć w sumie mogli go bardziej zakręcić, bo tak pod koniec to jakby się przestraszyli kręcenia.

Czas zdobyć plakat.

My baby shot me down…Wait. I did that!

Sto lat? [218]

1 komentarz

Tak, tak, tak…

Po raz kolejny dużo piasku w mojej klepsydrze przesypało się na dół. To już 17 lat.

W związku z tym w piątek trzynastego świętowałam to wraz ze znajomymi. Zostało mi pół butelki czegoś smurfowego…Nie zgadujcie…!

Dziękuję wszystkim za wszystkie czaszki i różne inne dźwięki. Zawsze marzyłam o tym by przykuć się do łóżka w różowej czapce i różowych stringach…

I mówię to szczerze!

A w związku z Nowym Rokiem 2006 (pierwszy wpis, rozleniwiłam się) chciałabym oznajmić iż:
- sylwester w wannie to bardzo fajny sylwester
- trzeba iść do przodu
- nie można aż tak się lenić jeśli chodzi o szkołę
- bałagan jest ok, chaos- owszem, ale burdel to już porażka
- …i w sumie to tyle (dajcie spokój, minęło dopiero 15 dni tego roku)

I tym optymistycznym akcentem kończę tę notkę:

:)

Moi drodzy i mniej drodzy i nie-drodzy.

Wesołych Świąt. Prezenty już dostaliście, ale żeby się Wam na coś przydały, żeby bigos albo śledzie nie okazały się czymś ciężkostrawnym, a także by przez resztę wolnych dni można się było cieszyć tym, co sami uważacie za warte radości.

Jak zwykle wszędzie spóźniona życzę Wam tego…

…po prostu ja, A-neko

Jak dobrze pójdzie to tu zajrzę przed 31 grudnia


  • RSS