Ważne: notka pisana 24.03 o 1:30, opowiada o 23.03 który był Tłustym Czwartkiem – żeby nie było.

Zapowiadany piątek.
Nareszcie piątek.
Na dwa dni zapomina się o szkole, o tym, że trzeba jakoś istnieć i o tym, że nauczyciele szczycą się udawaną wyższością, której zresztą i tak nie mają.
Wracam po sesji fotograficznej do domu, by przygotować szybciutko wszystko na imprezę i co widzę?
Moich znajomych, lub ludzi których poznałam raz na jakiejś imprezie.
Demolują oni, a raczej po prostu, zachowują się demolująco tańcząc na klatce schodowej.
Naćpani jacyś, czy co?
Przyjeżdża policja, matka próbuje mnie pocieszyć (co robi moja mama na imprezie?), wszyscy zgarnięci, ale potem jednak policja rezygnuje.
Nie wiem czemu, ale wszyscy się dobrze bawią, a ja płaczę.
Płaczę, płaczę i płaczę. W swoim pokoju.
A oni hałasują na klatce schodowej.
Rankiem przychodzą do mnie i próbują pocieszyć, ale wciąż jacyś zblazowani, więc robię się wściekło-smutno-zawiedziona.
Mam ochotę wykrzyczeć: Nigdy więcej imprez!!!
Ale tego nie robię.

I po jakimś czasie płakania…

…budzę się.
Położyłam się koło 18.00, gdyż dosłownie umierałam z przemęczenia i pewnie przemarźnięcia (sala od francuskiego powinna wymienić sobie okna!). Obudziłam się o 20.30.
Poczułam się strasznie zdezorientowana. Jak to po koszmarze z człowiekiem bywa, tradycyjne reakcje:

A; uff; o jak dobrze; o raanyyy; to tylko sen…

Najgorsze jednak jest to, że przyzwyczajona jestem do najdziwniejszych, najbardziej absurdalnych i najbardziej abstrakcyjnych snów. A jak śni mi się coś w miarę normalnego (czyt. możliwego, gdzie ludzie mają normalnie dwie ręce i dwie nogi, a niebo nie jest czerwone) to dostaję, hm, żeby nie przesadzić, ‚świra’.
Poczułam się przerażona, nie mówiąc już o zdenerwowaniu (pt.: co, gdzie, jak, uff). A przede wszystkim po takim śnie czuję się zmęczona.

Mam swoją teorię na temat snów, podobnie jak Freud zresztą, tylko że bez nie wiadomo jakich zboczeń i skojarzeń.
I oto moja interpretacja dlaczego tak a nie inaczej:

a) W piątek 24.03 miałam mieć pierwszą sesję fotograficzną. Jakkolwiek bym się nie denerwowała na zewnątrz, w środku, z powodu tego, że coś jest pierwsze (dla kobiet tymbardziej zauważono jakieś powiązania z tym, że ‚pierwszy raz’ czegokolwiek jest uznawany za coś bardziej niesamowitego niż naprawdę jest), byłam najwyraźniej roztrzęsiona, albo po prostu ciekawa: jak to będzie, co to będzie, a co będzie gdy. A, sesja przełożona została na kiedy indziej, jeśli kogoś to zainteresowało.

b) W piątek 3.03 planowałam imprezę bez okazji/z okazji szczęśliwego zdania I-szego semestru (uła, szalejemy normalnie) i tradycyjnie jak to przed imprezą, trzeba co nieco zorganizować. A u mnie z organizacją wszystko jest cudownie, gorzej z realizacją planów (patrz: layout miał być zrobiony- jest, layout miał być wstawiony- jak nie ma tak nie ma)

c) Chyba się przeziębiłam. I chyba mam gorączkę. Gardło mnie boli. Człowiek w chorobie = słaby człowiek. Słaby człowiek = nerwy zjadają człowieka. Nerwy zjadają człowieka = człowiek ma koszmary. Przynajmniej u mnie tak jest: zawsze przy gorączce pojawiają się złe sny.
Co daje mi następujący wniosek -> Nieudana impreza to absurd, bo występuje tylko w moich majakach przy wysokiej gorączce. Hehe! [aha, przeziębiłam się - temperatura 38,5 stopnia.]

d) Pączki mi szkodzą.

Voila.

Kręciło mi się w głowie, więc 5 minut potem poszłam spać