Czuję to.
Byłabym jakaś głupia jakbym nie czuła, że wszystko zmierza do jakiegoś epicentrum, do jakiejś właśnie kulminacji.
Zaczynam się denerwować. Nie złościć, stresować.
Bo jak będzie źle..?
Ba, zawsze jest dobrze. Będzie dobrze.

Zauważam niepokojące oznaki życia rodzinnego.
Gnojenie.
Dołowanie.
Denerwowanie.
Czy tak właśnie wygląda normalna rodzina?
Kurczę, mi to nie pasuje, ja protestuję!!! I po stanach już wiem, że naprawdę nie ma się co przejmować.

Na ten miesiąc koniec z pewnym umilaczem czasu. Naprawdę, bo zrobi się to chorobliwe a ja nie chcę mieć żadnych nałogów czy ograniczeń.

Robię się zła. Zła do szpiku kości. Jeśli mój tajny plan wypali, to że tak powiem – bałagan w pokoju będzie najmniejszym problemem w oczach mojej mamy (mówiłam, że jest pedantką? Rzeźnia!)

W szkole czas płynie szybko, naprawdę, niemalże ucieka.

W tym tygodniu los mi sprzyja. Los, czy nawet Bóg, nie wiem, ogłosił tydzień dobroci dla takich dziwactw do jakich ja należę.
Nie mam problemów z nauką, zarywam noce, czuję się świetnie, nie dostałam żadnej negatywnej oceny…

Dzięki..!

A faceci są dziwni *ukłon w stronę jakże boskich znajomych Tenko jak i moich klasowych*