Za to polskiego jezyka mam tu az za duzo. (Polska jezyk, chinska jezyk, jak to stwierdzil pewien Tomas ze stacji benzynowej)

Zyje sie tu szalenie, szybko i slonecznie.
Triple S, ziaaaaa!

Mowiac powaznie (a mowi sie niepowaznie? Moj polski sucks.) zabawa jest tu przednia, tylko pieniadze sie niezbyt dobrze bawia, zaczyna ich mi brakowac (w sensie, na jedzenie ok, ale ciuchy? Forget ’bout it!), ale mila niespodzianka bylo dostanie stowki od kuzynki cioci mojej mamy (u tak dalekiej rodziny jestem, ze moglabym wziasc z kims tutejszym slub. Niezle.)

Jestem po zwiedzeniu LA i niestety, ale prawie zobaczeniu Johnny’ego Knoxville’a – gdybysmy wyjechali dzien pozniej…

Dzis pochodzilismy po SF raz jeszcze, odkrylismy przepyszna czekolade (Boze, nie dosc ze hormony w jedzeniu to ja sie tu jeszcze obzeram czekolada, szalenstwo), a dzieki mojemu siostrzencowi ogladam mnostwo miejscowek skateboardowych. Whatever, mate!

Propo ciuchow: najlepsze maja t-shirty. Ceny mniej wiecej w miare, ale jak kupujesz duzo to sie zaczyna problem.

Chyba ze masz karte stalego klienta