ayaneko blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2005

Mood: 50/50
♪: John Legend- Used to love you
AD:

Zgodnie z tradycją (drugi raz, duh) komentuję Oscary. Tegoroczne miło mnie zaskoczyły i to jedyna transmisja (77.) którą zobaczyłam w całości…

Tegoroczny prowadzący spisał się- był nim Chris Rock. Jak zawsze rozśmieszył i zabawił publiczność (i o to chodziło) i cieszę się, że ta gala przestaje być „galą dla staruszków”.

A teraz Oskary poszły do…:

Najlepszy film: „Za wszelką cenę”
Nie widziałam, ani nie ciągnie mnie do kina na ten film. Za to kibicowałam „Aviatorowi”…

Najlepszy aktor: Jamie Foxx – „Ray”
Zdziwiłam się, ale z drugiej strony przewidywałam, że wygra ktoś czarnoskóry. Ostatnio we wszystkich ważnych wydarzeniach pojawia się jakaś fobia przed tym, że czarnoskórzy oskarżą innych o rasizm. Nie wątpię w talent Jamiego Foxx’a, ale kibicowałam Johnny’emu Depp’owi (choć uważam, że powinien dostać Oscara za jakąś inna rolą niż w „Marzycielu”). Choć Leo, wbrew jego mizernemu wyglądowi, dobrze się wczuł w rolę.

Najlepszy aktor drugoplanowy: Morgan Freeman – „Za wszelką cenę”
Po raz kolejny trudno mi cokolwiek powiedzieć, gdy nie widziałam filmu…Ale w talent Morgana Freeman’a nie śmiem nawet wątpić. Tylko zaraz, te Oscary w końcu przyznaje się za dany film czy za całokształt?
Nie miałam faworyta.

Najlepsza aktorka: Hilary Swank – „Za wszelką cenę”
I znów, nie mam nic do gadania. Dziwne, że nie wygrała kobieta od „Very Drake”…

Najlepsza aktorka drugoplanowa: Cate Blanchett – „Aviator”
Ona była, jak się okazało, nie tylko moją faworytką…Słyszeliście jej akcent w „Aviatorze”? Nie? To zanim wyrazicie swoje zdanie- obejrzyjcie ten film.

Najlepszy film animowany: „Iniemamocni”
Zszokowana, bo byłam przekonana, że wygra Shrek 2. Tak się nie stało!
I ogromnie się cieszę.

Najlepsza reżyseria: Clint Eastwood – „Za wszelką cenę”
Szkoda mi Martina Scorsese.

Najlepsze zdjęcia: „Aviator”- Robert Richardson
No udane te zdjęcia były, ale zgadzam się z Piotrem Wróblewskim- to „Dom Latających Sztyletów” zasłużył na Oscara za perfekcję w każdym ujęciu.

Najlepszy scenariusz adaptowany: „Bezdroża” – Alexander Payne i Jim Taylor
Krytycy spodziewali się, że wśród Oscarów ten film przejdzie bez echa i tak jak przewidywali, zdobył statuetkę za scenariusz. I dobrze.

Najlepszy scenariusz oryginalny: „Zakochany bez pamięci” – Charlie Kaufman, Michel Gondry i Pierre Bismuth
Siedziałam na tej kanapie i nie mogłam uwierzyć- doceniono, doceniono tę zawiłość…! Miałam ochotę skakać z radości, bo nie wierzyłam, że Oscara dadzą czemuś tak wspaniałemu…

Najlepszy film zagraniczny: „W stronę morza”
Szalenie się cieszę, że wygrał film ludzki, a nie nieludzki („Upadek”). Trudno mi coś więcej powiedzieć…

Najlepszy film dokumentalny: „Born Into Brothels”
W każdym razie, trudno mi cokolwiek powiedzieć- aha, może to, że nie dziwię się, że „Super Size Me” przegrał.

Najlepszy montaż: „Aviator” – Thelma Schoonmaker
I dobrze, ale jak sama wygrana powiedziała: „Powinnam oddać tę statuetkę Martinowi Scorsese”

Najlepsza muzyka: „Marzyciel” – Jan A.P. Kaczmarek
Wbrew pozorom, jaka to ja anty-patriotka jestem, kibicowałam Polakowi i cieszę się, że wygrał. Śmiesznie podsumował to Mossakowski „Nie przypuszczałem, że Akademia pozwoli sobie na taki altruizm”.

Najlepsza piosenka: „Al Otro Lado Del Río” – „Dzienniki motocyklowe”
W wykonaniu Banderasa (i genialnego Carlosa Santany) ta piosenka na nogi nie rzucała, ale warto zauważyć, że to pierwszy raz, gdy hiszpańska piosenka była nominowana i wygrała. I dobrze.

Najlepsza charakteryzacja: „Lemony Snicket i seria niefortunnych zdarzeń” – Valli O’Reilly i Mitchell Stone
Ktoś miał jakieś wątpliwości?!

Najlepsza scenografia i dekoracja wnętrz: „Aviator” – Dante Ferretti (scenografia) Francesca Lo Schiavo (dekoracja wnętrz)
Miałam nadzieję, że statuetka pójdzie do kogoś, kto zrobił jednak jakieś kreacje nie takie codzienne, lecz fantastyczne- ale w sumie dobrze, bo nie można było przyczepić się do „Aviatora”. Sama kłóciłam się ze sobą: czy „Aviator” czy „Lemony Snicket(…)”.

Najlepsze kostiumy: „Aviator” – Sandy Powell
Liczyłam na nagrodzenie czeogś majestatycznego, a skończyło sie po prostu na prawdzie historycznej. Nie jest źle!

Najlepsze efekty specjalne: „Spider-Man 2″ – John Dykstra, Scott Stokdyk, Anthony LaMolinara i John Frazier
Trochę jakby zawiedziona się czułam tym wynikiem, ale typy miałam 2: właśnie Spider-man i „Ja, robot”.

Najlepszy montaż dźwięku: „Iniemamocni” – Michael Silvers i Randy Thom
Z tych wszystkich nominacji (Spider-man, Ekspres Polarny i Iniemamocni) wybrano chyba słusznie…

Najlepszy dźwięk: „Ray” – Scott Millan, Greg Orloff, Bob Beemer i Steve Cantamessa
Byłaby to szalona porażka, gdyby film muzyczny o muzyku nie dostał tej statuetki.

Najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny: „Mighty Times: The Children’s March”
Najlepszy animowany film krótkometrażowy: „Ryan”
Najlepszy aktorski film krótkometrażowy: „Wasp”

…Co mam do licha powiedzieć?!

Aha, jeszcze jedno! W trakcie gali wyemitowano krótki filmik jaki zrobił Chris Rock- poszedł w tłum normalnych ludzi i pytał ich o nominowane w tym roku filmu- śmiechu co nie miara, nikt nie ogląda ambitnych filmów! Wg ‚prostych’ ludzi, po prostu: WHITE CHICKS ROCKS!
Dziwne było też przemówienie Hilary Swank, IMO. No ale nic.
Tak, to była…śmieszna noc.

Mood: Bad.
♪: Nothing. (To boli!!!)
AD: „Człowiek jest z natury zwierzęciem politycznym.” Arystoteles

1) Dzisiejsze Łapu-Capu zwaliło mnie z krzesła…Otóż okazało się, że zasadą człowieczeństwa jest…:

„Nie wolno kraść koziołków”


*parsk* Ok, cała sytuacja mnie rozbawiła, ale to jednak trochę chore, gdy okazuje się, że ktoś ukradł pomnik. Kto następny? Kopernik?

Propo Kopernika…Chodził reporter po Warszawie i pytał „A kim był Kopernik?”
Aż ja zwątpiłam w to, kim był, jak usłyszałam tak wiele różnych odpowiedzi (poeta, twórca heliocentryzmu, astronauta…)
*hurra dla telewizji*

2) Ach, to cudowne uczucie, gdy w końcu ma się porządek na dysku. Wydaje się wtedy, że wszystko jest takie uporządkowane…Niestety, moja uparta walka z ponowną instalacją R.O.S.E. online spełza na razie na niczym…ale już niedługo…! A tak w ogóle to cieszę się, mam nową tapetę, nowy wystrój i w ogóle. O. *szczęśliwa* Tylko tych zaległości mam dużo…Mangi jeszcze jakoś już przeleciałam, ale anime? web-comicsy? Na mój umysł przyćmiony lekami osłabiająco-ogłupiającymi to za dużo na jeden wieczór….
A tak w ogóle…(teoretycznie pytanie do Mew i Darow):
Widziałyście tego apetycznego Gaarę?
*śmiech na sali*

3) Ach, to cudowne uczucie, gdy w końcu ma się porządek na dysku. Wydaje się wtedy, że wszystko jest takie uporządkowane…ALE WSZYSTKO INNE JEST W STRASZNYM BAŁAGANIE!
Ok, przesadzam. Bałagan jest na biurku, w szufladach z ubraniami, na półce ‚kosmetycznej’, 2 półkach w regale i… w moim życiu osobistym!
Niech to.
*sigh*

4) Tak, czuję się nawet nieźle, ale nieee, na klasówkę z techniki nie idę. Just joking, czuję się w miarę, ale nie do końca, więc przykro mi *buahaha*, szkoło, zobaczę Cię za tydzień.
*shrug*

5) Ale dzięki temu obejrzę OSKARY! I tak bym je obejrzała i tak, ale dzięki temu nikt mnie nie zobaczy w stanie zombie-zombie. Rany, późno już. Do następnego.
*waving*

Mood: Not Bad.
♪: Janne Da Arc- Sylvia
AD: Znów Brak- nie mój komputer, nie moje zapiski…

Minęło trochę czasu, więc uznałam, że to jednak dobry pomysł dać jakiś znak życia…
Wszystko się udało i teraz tylko czekam by do końca się wszystko jakoś tam w miarę uleczyło (trzeba czekać 10 miesięcy na całkowite zagojenie się śluzówki, tak między nami…)

Jeśli chcecie trochę schudnąć, całymi dniami leżeć w łóżku LUB przed telewizorem, odżywiać się tylko zimnymi rzeczami w płynie, nie korzystać z komputera, nie wychodzić na dwór, nie jeść nic pikantnego i w ogóle nie płynnego, nie czytać książek, marudzić, dużo pić, trochę jęczeć, mało spać, wcześnie się budzić, zasypiać w ciągu dnia, brać wiele lekarstw (w tym: ogłupiające), siedzieć w domu, ledwo oddychać, cierpieć przy każdym oddechu i nie oddychać nosem (przynajmniej przez tydzień), mieć coś w nosie (przez tydzień), mieć obolałe gardło i nos, spędzić noc w szpitalu…

To zafundujcie sobie cholernie drogą operację laryngologiczną!!! (Naprawdę się cieszę, że mam takie dobre ubezpieczenie, bo inaczej to bym chyba wolała metodą pięści w nos sobie pomóc…)
:-)

Albo zasypiałam przy telewizorze albo oglądałam masę, masę programów. Przeważały jakieś powtórki filmów, które lubię lub uznaję, że mogę je obejrzeć jeszcze raz (John Q, Bruce Wszechmogący, Złap mnie jeśli potrafisz, Mexican…) i seriale, które oglądałam kiedyś (ach te dzieciństwo) lub wciąż oglądam (Cartoon Network, MTV [bo tam jest dużo serii do oglądania], Ostry Dyżur, Kleszcz)…
Mieszczuch ze mnie, wychodzi na to…ale w tłuszcz nie obrosłam (trudno się dziwić: budyń, galaretka, lody, leki, masa wody i gerberki nie tuczą…)

Dobra, koniec tego raportu, trzeba sobie trochę rzeczy poprzypominać, bo anuż się w szkole pokażę tego 28 lutego i 1 marca…

Mood: Sick-O.
♪: Dirty Vegas- Days Go By
AD: Brak- nie mój komputer, nie moje zapiski…

Tak więc żegnam się na jakiś czas (wszystko zależy od mojego stanu fizycznego, psychicznego, wymiarowego i czasowego)…!

Jutro, w samo południe jestem umówiona z Posępnym Żniwiarzem w czułych objęciach Morfeusza.
Na tę randkę czekałam tyyyyyyyyyyle dni~

….chciałabym, by Morfi mocno mnie przy sobie trzymał. Mocno!!!

Mood: Sleep-o.
♪: Niesamowite, ale nic.
AD: Brak- nie mój komputer, nie moje zapiski, nie moje cytaty…

Well… Yeah.
Patrzcie, jestem, ale tak naprawdę nie ma o czym mówić.
Piszę te nędzne peany z komputera mojego brata.
Czemu, spytasz.
Ano temu, że mój kochany system Windows 98 SE postanowił, że nie ma, taki bałagan utrzymuję na nim przez tyle lat to on strzeli focha i muszę go teraz na kolanach przepraszać. (czyt. wszystko czeka na reinstalkę systemu, a to oznacza przejrzenie danych, a to oznacza „skoro już się bawię w coś takiego, to czemu nie zrobić formatowania dysku”, a to oznacza zgranie na płyty wszystkiego, co jest tego warte, a to oznacza DOKŁADNE przejrzenie dysku)
Jak się uwinę przez tydzień to się ucieszę, bo równie dobrze (znowu~) chcę zrobić porządek w ciuchach i nie-ciuchach (czyt. w pokoju)
Nie zapominając o systematycznej nauce języka japońskiego, a jakże…
A tak w ogóle, to już moje 16-ste takie same walentynki, z tą różnicą, że sobie kupiłam coś fajnego.
A tak w ogóle, to mam B z FCE. (to nie A, ale nie bądźmy zachłanni)
A tak w ogóle, to mam 80% z ‚weirdo-tesuto’ z japońskiego.
A tak w ogóle, to szkoda, że ona kiedyś wróci…
A tak w ogóle, to przetrzymują mój prezent na urzędzie celnym. *sigh*
I nie, nie kupiłam sobie sadzonki marihuany, jeśli o to chodzi.

Śmiesznie, bo zeszłe dwa tygodnie były bardzo, ale to bardzo obfite w wydarzenia. Na tyle, że gdybym pisała w tym czasie notki każda byłaby ‚uderzająca’. A tak, nie pisząc notek z powodu braku internetu, jak i lenistwa i czasu, wszystko skracam.
Antologię, której tak pomysł zachwalałam w ostatniej notce, oceniono na 3 i 4+ (niemalże z litości…).
Byłam w kinie na Aviatorze. Polecam (i dochodzę do wniosku, że skończę jako chora psychicznie)
Semestr skończyłam dosłownym ‚uciekaniem’ z lekcji i średnią 4.5 (jak zawsze na pierwszy semestr) w strasznym pośpiechu, zniecierpliwieniu i… znudzeniu.
Jutro, a właściwie dziś, wybieram się z siostrą na wernisaż w ASP. A pojutrze idę pod skalpel (ale o tym więcej, mam nadzieję, jutro).
Aha no i…parę rzeczy… mi przeszło… trochę szkoda…ale… w sumie to lepiej.

Ok, długo, długo, długo i o niczym- tego nie lubię.
O, John Legend!

Holla Holla Holla

Maybe, it’s me, maybe I bore you
But no no, it’s my fault,’cause I can’t afford you
Maybe baby, Puffy,Jay-z
would all be better for you
‚Cause all I can do is love you

Baby when I used to love you
There’s nothing that I wouldn’t do
I went through the fire for you, do anything you asked me to
But I tired of livin this lie
It’s getting harder to justify
Realized that I just don’t love you
Not like I used to

Holla Holla Holla

Maybe, I should rob somebody
So we could, live like Whitney and Bobby
It’s probably my fault, my bad, my loss
But you are, above cost
‚Cause all I could do was love you

Holla holla holla

Do you remember when I used to love you
Baby no not any more, love you
Oh, I love you
And you’re gonna miss me now

Baby when I used to love you
There’s nothing that I wouldn’t do,
I went through the fire for you, and i’m not gonna play the fool
No I can’t live this life, and I can’t justify, and I can’t make you my wife
’cause I don’t love you
Not like I used to do

Holla holla holla

Oh I used to love u

Oh but I don’t love u

Oh but you’re gonna miss me now

Oh but I don’t love you

Mood: Sad, but still…
♪: Sometimes You Can’t Make It On Your Own- U2
AD:„Na drzewie dobrych intencji jest wiele kwiatów, lecz mało owoców.” Przysłowie chińskie

Mówcie, co chcecie, ale ten pomysł z antologią wcale nie był złym. Wciąż i wciąż dzięki temu projektowi udało mi się coś zyskać- nie mam tu na myśli ocen, czy po prostu satysfakcji, że zrobiłam coś na czas i całkiem ładnie wyszło i nie narzekam na treść. Nie zrobiłam jeszcze niczego wbrew sobie, tzn. żaden z projektów, w jakim miałam wolną rękę, nie wzięłam tematu, z którym się męczyłam, wręcz przeciwnie- praca z „nimi” była szalenie przyjemna.
W pierwszej klasie, antologia o wierszach (kocich), uświadomiła mi, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki i niemalże o wszystkim napisano książki.
W drugiej klasie, antologia o podgatunkach muzyki rockowej- to też było coś.
W trzeciej klasie, antologia o filmach- z Jimem Carrey’em- ambitniejszych. Myślicie „Jim Carrey” i macie w głowie tylko jego głupi uśmiech?
Właśnie z takim przekonaniem pisałam tę pracę- sama często czuję się zaszufladkowana, ale jakie to musi być straszne, gdy przez głupie przekonania innych (no może nie głupie, a po prostu mylne) nie można zarobić na chleb mimo ogromnego talentu.
Gdyby nie projekt taki, jak ta ‚straszna głupia beznadziejna’ antologia, nie dowiedziałabym się tyle o tym aktorze. Pomijając fakt, że go lubię za jego ‚głupie’ role, to jednak pisząc antologię, a dokładniej biografię ‚głównego bohatera’ ujrzałam parę filmów, które do Polski nie dotarły (z niewiadomych mi przyczyn).

Na przykład „The Majestic”.

Czasem naprawdę mam wrażenie, że mój los uwielbia płatać mi figle- jest świetnie? To zaraz coś popsuje. Jest nie tak dobrze jak mogłoby być? Włącz telewizor, puści coś pokrzepiającego.
Dziwne uczucie, nawet pisząc o tym, trudno przewidzieć, jak to nazwać. No bo jak? Przeczucie? Przeznaczenie? Ulga? Pocieszenie? Dar od Boga?
W każdym razie, nie liczy się sama nazwa a wpływ danej sytuacji czy zdarzenia.
Ok, po tym dłuuuugim wstępie czas na trochę konkretów.

„The Majestic” wyświetlany był w USA niedługo po zamachu 11 września. Czytając to, co wyrazili krytycy w internecie, nie rozumiem robienia z tego filmu jakiegoś kompletnego patosu. Owszem, patriotyzm tam jest, ale mówi też o tolerancji mniejszości. A spytajcie teraz jakiegoś Amerykanina, czy odnosi się przyjaźnie do Osamy Bin Ladena? No i właśnie.

Film jest może i przegadany, odniosłam też wrażenie lekkiego wyolbrzymiania sprawy, jednak sądzę, że to idealny obraz Amerykanów. Ktoś poległ na wojnie, to już wielka idealizacja, robienie na bohatera itp. Ok, wszystko gra, ale jak taki ‚bohater’ powróci do życia? Następuje wtedy kompletna radość, niemal ubóstwianie.
A jak się okaże, że ten, kto powrócił, wcale nie jest tym, za kogo się go uważa? Co tu ten człowiek zawinił, że wszyscy inni przyczepili mu taką, a nie inną plakietkę? Następuje typowe dalsze rozstrzygnięcie- odrzucenie, ignorancja, potrząsanie głową z niedowierzaniem i odrazą. I bach!- biedny człowiek, który nic nie zrobił, cierpi.

Jest to film nie tyle o patriotyźmie, co o odwadze. Szczerości. Wartościach życia. „Jak każdy ‚poważny’ „, chciałoby się powiedzieć. Nie wiem, może to tylko na mnie tak działa gra Jima Carrey’a.
Ale po raz kolejny przekonałam się, że inni zapominają o odwiecznych, wydawałoby się, logicznych prawach życia. Ale wiem też, że są filmy, które to przypomną.
„Jeśli jesteś niesłusznie oskarżony- walcz! Ryzykuj swoją wolność, ale strać ją przynajmniej z czystym sumieniem! Zawsze bądź szczery wobec siebie- będziesz też wobec innych! Nie rób niczego wbrew sobie, bo tak łatwiej, bo tak nie będzie problemów, kłopotów i komplikacji! Nie bój się wyrazić swojego zdania!”- tak krzyczy ten film.

Czy nie warto spróbować krzyczeć na siebie podobnie…?
Mobilizacja perfekcyjna, bo własna.

Pierwszy miesiąc nowego roku to już przeszłość.
Ja go nie zmarnowałam, a Ty?


  • RSS